Od czasów, gdy Bartolomeo Bosco występował w Warszawie, iluzja straciła frak, cylinder i rozbudowaną scenografię. Przeniosła się z teatralnej sceny między stoliki gości, a relacje prasowe zastąpiły nagrania, które można obejrzeć od pierwszej do ostatniej sekundy. Widz stoi dziś znacznie bliżej, widzi więcej i może wrócić do nagrania klatka po klatce. Mimo to iluzjonista wciąż potrafi sprawić, że najprostsze wyjaśnienie przestaje pasować.
Sztukmistrz skaleczony, zegarki rozbite, widownia w szoku
W 1822 roku w Teatrze Narodowym przy placu Krasińskich Bartolomeo Bosco zebrał od widzów zegarki i ułożył je na talerzu. Naczynie spadło, rozległ się trzask, kosztowności wyglądały na zniszczone, a sam sztukmistrz skaleczył się w rękę.
Właściciele zaczęli wyceniać straty. Według relacji prasowych zegarki miały być warte łącznie około 150 dukatów. Bosco obiecał zapłacić, po czym zaczął rzucać szczątkami. W pewnym momencie padł strzał, a zegarki pojawiły się na ścianie. Niedługo później właściciele odebrali je całe, a z ręki iluzjonisty zniknęła rana.
Bosco wracał do Warszawy jeszcze w 1827 i 1829 roku. Podczas ostatniej z tych wizyt zobaczył go również Juliusz Słowacki, który we wrześniu 1829 roku pisał w liście o pojawieniu się w stolicy „sztukmistrza Bosko”. Iluzjoniści dzielili wtedy miejską scenę rozrywkową z akrobatami, linoskoczkami i wędrownymi trupami.
Iluzjonista, który nie chciał wyglądać jak iluzjonista
Włoski sztukmistrz miał jeszcze jeden sposób na przyciągnięcie uwagi. Zamiast chować ręce w szerokich rękawach, pokazywał widzom odsłonięte przedramiona. Obszerna szata była wśród XVIII-wiecznych sztukmistrzów czymś zwykłym, ale podsuwała publiczności proste wyjaśnienie: jeśli coś znikało, trafiało do rękawa. Bosco samym strojem sprawiał, że to najprostsze podejrzenie przestawało pasować.
Niemiecka Sächsische Biografie wymienia ten element jako jeden ze składników jego scenicznego sukcesu. Iluzjonista budował wizerunek człowieka, który pokazuje publiczności wszystko, co można pokazać, a mimo to nadal potrafi ją zaskoczyć.
Frak zniknął ze sceny, podwinięte rękawy zostały
Przez dwa stulecia zmieniła się oprawa iluzji. Cylinder, frak i rozbudowana scenografia przestały być obowiązkowym wyposażeniem wykonawcy, a wiele numerów rozgrywa się dziś z użyciem kilku rekwizytów, często tuż przed oczami widza. Z tak bliska publiczność sama sprawdza to, co Bosco musiał jej udowadniać odsłoniętymi przedramionami.
Rękawy można dziś podwinąć także w internecie. Piotr Suder – iluzjonista z Łodzi publikuje na swojej stronie pełne nagrania występów. Widz może obejrzeć numer od pierwszej do ostatniej sekundy: ma przed sobą wszystko, co da się pokazać, i nadal nie wie, w którym momencie dał się zaskoczyć.
Warszawska publiczność widziała Sudera na żywo m.in. podczas TEDxWUT w Auli Politechniki Warszawskiej, gdzie wystąpił po angielsku przed 200 widzami. W jego repertuarze jest też ucieczka z kaftana bezpieczeństwa, nawiązująca do numerów Houdiniego.
Zmieniła się również odległość między wykonawcą a publicznością. Bosco występował dla widowni Teatru Narodowego, a pokaz close-up może dziś rozegrać się przy jednym stoliku, gdzie widz czasem sam trzyma rekwizyt. Podczas jubileuszu firmy Greg-Dent Piotr Suder zaczął od krótkiego występu dla 90 osób, a później przeszedł między gości. Zaplanowane dwie godziny pokazów przy stolikach przedłużyły się do trzech.
Najtrudniej podejrzewać własny przedmiot
Numer Bosca działał także dlatego, że zegarki należały do widzów. Każdy właściciel rozpoznałby własny egzemplarz, więc odpadało wyjaśnienie, że iluzjonista podmienił je na rekwizyty przygotowane przed pokazem.
Współczesna iluzja korzysta z tego samego pomysłu. Widz wybiera kartę i podpisuje ją, a czasem przez część numeru sam trzyma przedmiot w dłoni. Karty z własnym podpisem nie pomyli z inną, więc kiedy pojawia się ona w miejscu, w którym nie mogła się znaleźć, podmiana przestaje być wyjaśnieniem.
Dwieście lat później nadal patrzymy w złym momencie
W czasach Bosca gazety pisały o „doświadczeniach mechanicznych i fizycznych”, a dziś mówi się o iluzji scenicznej, mentalizmie i close-upie. Zmieniły się nazwy, stroje i odległość od widza. Sposób, w jaki iluzjonista odbiera publiczności kolejne wyjaśnienia, pozostał ten sam: odsłonięte przedramiona, pożyczony zegarek, podpisana karta, a dziś także pełne nagranie występu.
Artykuł sponsorowany








